piątek, 18 listopada 2011

Okradziona kabaretowo


Tak, wiem. Zło czai się wszędzie, złodziejem może okazać się twój najbliższy przyjaciel, a oszusta spotkasz i w niebie. Zło, złodziejstwo i oszustwo to mocne słowa. Dlatego to, co mnie spotyka, wolę nazywać kabaretem. W każdym razie mam ubaw.

Litania krzywd.

  • Kilka dni temu zniknął z kuchni mój widelec. Nie było to srebro rodowe Bigajów, a aluminium z Careffoura. Miał za to dużą wartość użytkową - teraz jem wszystko łyżką.
  • Kilka rolek temu współlokatorzy zaczęli mi podbierać papier toaletowy. Myślałam, że jak będę zawijać pedantycznie koniec papieru w trójkąt, to poczują respekt (robił tak jeden psychopata w filmie „Sypiając z wrogiem”). Niestety, filmu nie oglądali i nie silą się nawet na maskujące występek orgiami.
  • Kilkadziesiąt pompowań mydła do rąk temu, zauważyłam, że i ono stało się wspólne. Tu współlokatorzy okazali się nawet pomocni – gdy się kończyło, dolali do butelki wody i rozcieńczyli resztkę. Zapominam podziękować.

Nie pisałabym o tym, bo jaki mam interes w chwaleniu się swoją małostkowością?
Ano, muszę się wyżalić. Nie pisze się łatwo, odkąd ręce mi opadły, ale:
  
Dzisiaj ktoś, z kim pracuję, znalazł w mojej torbie w pomieszczeniu pracowniczym batonika i banana. I zjadł.

środa, 16 listopada 2011

Przygniotła mnie piramida


Co u Was nowego słychać, bo u mnie nic nowego nie słychać – pisał Miłosz Biedrzycki. Bo nie był w Londynie.  

Przyznaję. To miasto, studia, praca, audycje BBC i… siłownia (powracający motyw Bigajbiegaj), są wyczerpujące. A tak się złożyło, że w kwestii pisania bloga odwieczny dylemat mieć czy być został dawno rozstrzygnięty. Trzeba mieć Internet i być przed laptopem.

Siedzącego przed komputerem blogera kłuje w ramię czubkiem piramidy potrzeb sam Maslow. Bo żeby być piszącym, należy: jeść, pić, wyspać się, zarabiać, kochać, lubić, szanować i dopiero na końcu – pisać posty. Zjedz tosta zamiast pisać posta (trzymam też formę intelektualną).

Ponieważ widmo Maslowa chwilowo się oddaliło, korzystam z okazji i piszę na skróty, w punktach, co się dzieje.

1.     Odpowiadam na rozterki mamy, zastanawiającej się, czy mongolski ulubieniec Polaków, Bilguun (ostatnio znany z „Tańca z gwiazdami”), jest autentycznie sympatyczny, czy może to tylko medialny image. 
      Poznałam jego koleżankę (też z Mongolii) i przekazuję już wszystkim mamom– tak, Bilguun jest sympatyczny także prywatnie.

2.     Widziałam bohaterów w dużym stężeniu. Mniej więcej czterech na metr kwadratowy. A był to widok z balkonu teatru Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. To byli CI emigranci z czasów II wojny światowej – mocno posunięci w wieku ludzie, którzy ubrani w garnitury i z medalami przypiętymi do marynarek przyszli świętować Święto Niepodległości. Całe rzędy wypełnione historiami. 

3.     Na sali było zaledwie kilkanaście młodych osób – wnuki prawdopodobnie potrzebowałyby tłumacza, by zrozumień debatę. I długich godzin, żeby zrozumieć tę datę.

4.     Debata była o Dmowskim i Piłsudskim. Nuda. Co to za debata, gdzie przeciwnikami są najwybitniejsi znawcy tematu, tacy, co zjedli zęby na badaniu dawnych polityków, a w dodatku odrzucają wszelkie insynuacje o faszyzmie, antysemityzmie czy służalczości wobec Rosji Dmowskiego? Co to za debata, gdzie zamiast kłótni i błota są argumenty? Wspaniała.

5.     Na debatę przyszedł Takijeden z flagą Polski, w białej koszuli i z wielkim plakatem czczącym Dmowskiego. Miał otwartą białą kopertę z krótkim przemówieniem w środku. Polskie echo. 
      Chciał pewnie wstać w środku debaty i zrobić zamieszanie, ale spasował w międzyczasie, widząc, że nie tylko nie ma dymu, ale i ognia. 
      Zresztą, kto jest w stanie przerwać pytania starszych ludzi, którzy do dziś chcą wierzyć, że Dmowski mógł przecież tego Lloyda Georga jakoś przekonać do Polski...

6.     Po debacie, zamiast wspomnianych fajerwerków, ciemną salę Teatru rozświetlił brokat gęsto rozsiany na długiej sukni śpiewaczki. Dama usiadła (właściwie – zasiadła w łunie reflektorów) przy fortepianie i zaczęła zachęcać widzów do wspólnego śpiewania pieśni patriotycznych. Wtedy ja spasowałam.

7.     Zamiast śpiewania pieśni patriotycznych z grupką Polaków w wieku niekombatanckim chcemy po Nowym Roku wynająć turecką restaurację i zorganizować karaoke z kolędami. 

A to wszystko przez potrzebę abstrakcji (w mojej piramidzie znajdującą się tuż obok jedzenia, snu i konieczności przekonania irańskiego sąsiada, że jestem złą kandydatką na polską clining&cooking wife).

A teraz przepraszam po raz drugi, ale podstawy piramidy mnie wzywają – ciągle nie mogę się pozbyć z rąk zapachu dressingu winegret do sałatek. I muszę dać odpocząć swojemu czerwonemu oku, które dziś zmęczyła wizyta sosu extra hot do kurczaka. 

piątek, 11 listopada 2011

Sceny rodzajowe płci męskiej

Kładę papierową torbę z kurczakiem na blat kuchni i mówię mu:
- Dam ci to pod warunkiem, że opowiesz mi swoje życie.   
Tak się zabieram do pisania socjologicznej biografii sąsiada z pokoju obok, a poza pokojem - z Arabii Saudyjskiej. Mam go jutro obudzić o 11, zadać pytania, które mi wydają się niewygodne (np. Ile żon ma twój tata?), a które powinny być dla niego chlebem powszednim. Od jutra chlebem z kurczakiem.

Kurczak jest oczywiście z pracy. Jedni wynoszą spinacze i papier do drukarek, inni kradną cegły albo tajne dokumenty. Ja mam swój obiad, który lubi pachnieć demaskatorsko w nocnym autobusie.
A w tych jest dźwięcznie i niewdzięcznie. Pewnej nocy przybył na piętro autobusu człowiek z gitarą, który serwował Beatlesów, Chubby Checkera i Nirvanę. Rozbujał znękanych imprezami i pracą ludzi. Zresztą, spójrzcie na niego: 



Ale muzyka nie zawsze łagodzi nastroje. Kolejnej nocy w zaparowanym autobusie N5 na miejscu człowieka z przebojami siedzieli goście, którzy grali na gigantycznej plastikowej butelce i brzdąkali bez ładu na gitarze. Odpalantowałam się od nich muzyczką i słuchawkami.

Ale dwóch czarnych współpasażerów słuchawek nie miało, więc wdało się z grajkami w dyskusję, w której fuck padało częściej niż listopadowe liście. Trwały te próby bicia rekordów w klnięciu przez kilka przystanków, aż wreszcie się uspokoiło. Bez mordobicia. Nikt nie grał i nie przeklinał.
Wreszcie ci z butlą zaczęli się zbierać. Gdy doszli do schodów, jeden Murzyn skalkulował, że schodzą, są ustawieni do niego plecami i w ogóle nic mu nie mogą zrobić. Zerwał się z krzesła i podbiegł do nich szybko a zwinnie z wyciągniętą przed siebie podeszwą buta.
Zakończyło się tęgim kopniakiem w chudy tyłek schodzącego ze schodów człowieka z butlą. Murzyn zdążył mu jeszcze napluć na głowę i pojechaliśmy, już w kompletnej ciszy, dalej.
Opluty wyglądał jak blondyn z musicalu ‘Hair’. Plujący wyglądał jakby chciał pluć jeszcze, więc przesiadłam się niżej.  

sobota, 5 listopada 2011

Koguty są Marsjanami

Kury są z Wenus, a koguty z Marsa – to jest napis na mojej firmowej koszulce, którą musiałam dziś wyprać. Wlałam podwójną ilość płynu do pralki, ale napis trzyma się mocno. Ja też się trzymam mocno, tylko na obiad zamiast odwiecznej piersi z kurczaka jem ryby.

Po pracy wracam do domu, który jest cichy i nudnawy, odkąd Polacy się wyprowadzili. Było mi smutno, gdy się pakowali. Wtedy Marek poradził mi, żebym szybko zajęła po nich dużą szafkę w kuchni, pojemnik na sztućce i wreszcie - przeniosła się na najwyższą półkę w lodówce.
- Zobacz, będziesz mieć światełko! - zademonstrował, otwierając lodówkę na oścież. 
- Wow!
I tak radośnie awansowałam w domowej hierarchii.

Kilka dni wcześniej skośnooka para wraz z szalonym landlordem (który zasługuje na odrębnego posta) oglądała pokój po chłopakach. Gdy tylko wyszli, zaczęłam ploteczki z Miriam.
- Ciekawe skąd są? Chyba z Japonii.
- Mam nadzieję, że nie z Chin.
- Dlaczego?
- Bo Chińczycy jedzą psy.
- Racja.
Pudło. Są z Wietnamu. Nie wiem, czy jedzą psy. W ogóle niewiele mogę o nich powiedzieć poza tym, że mają specjalną maszynę do gotowania ryżu. Więcej nie wiem, bo po pierwsze – mieszkają tu zaledwie kilka dni, a po drugie – boją się mnie.
Zaczęło się od tego, że wystraszyłam dziewczynę, kiedy schodziłam ze schodów. Tak, po prostu schodziłam ze schodów, a ona wychodziła z pokoju. Aż podskoczyła. Na drugi dzień weszła do kuchni, gdy gotowałam, znowu się przelękła i uciekła.
- Nie bój się mnie! – krzyknęłam za nią.
- W porządku! – odpowiedziała, ale nie wróciła. 

Natomiast chłopak skutecznie chowa się przez cały czas. Mignął mi tylko dziś jego śnieżnobiały szlafrok w kuchni. Lubię go za ten szlafrok, też taki miałam. 

czwartek, 3 listopada 2011

Londyn jest mały

Siedzimy na wykładzie. Valerie wykorzystuje zamieszanie podczas rozdawania kartek studentom:
- Wiesz, rozmawiałam wczoraj z kolegą z Indii. Opowiadał mi, że wracał w nocy do akademika i zaczepiła go dziewczyna, która szukała przystanku GPS-em. Spytała o drogę. Mówił, że był zszokowany, bo ktoś normalny nie wraca w nocy samotnie do domu, nie znając ani drogi na przystanek, ani nie wiedząc, gdzie ma wysiąść z autobusu. I wiesz, mówił, że ta dziewczyna miała krótkie włosy i była ruda. To byłaś ty, prawda?


Fajnie. Po miesiącu zaczynają o mnie krążyć legendy. A właściwie - prawdziwa historia.


Miałam problem, żeby wyjść z akademika. Impreza trwała w najlepsze, wódka, piwo i whiskey lały się strumieniami, w małej kuchni tłoczyło się jakieś 30 osób. Postanowiłam zniknąć po angielsku. Udało mi się opuścić kuchnię, ale na klatce schodowej natknęłam się na małą grupę butelkową.
- Wychodzę.
- Nie, nie, nie, niiieee, n.i.e., nienienie, nie--e ii-idź! – powstrzymują mnie. - Nie wracaj sama, poczekaj aż ktoś będzie szedł w twoim kierunku. Tu jest niebezpiecznie. Wiesz jak masz wracać?
- W sumie nie. Ma ktoś Internet w komórce? – chciałam sprawdzić nazwę przystanku, na którym mam wysiąść. Jechałam już kilka razy tym nocnym, ale zawsze od drugiej strony i zawsze mi mówili, że to już. Stop. Nie pamiętałam nazwy.
Ale Internet nie zadziałał. Więc mówię:
- Poradzę sobie, pa. Paa, papapa, p-a-a, papa.
- Nie, nie, nie, niiieee, n.i.e., nienienie, nie--e ii-idź!
Dowiedziałam się, jakie zagrożenia na mnie czyhają, obiecałam kilku osobom wysłać smsy, że cudownie dotarłam do domu.
Bardzo się o mnie troszczą, mili są. Do przystanku w każdym razie musiałam iść sama.


Szłam tą drogą na przystanek już pięć razy, z czego trzy tego dnia. Odległość od akademika – 400 metrów. Zabłądziłam. Nie zdziwiło mnie to (po więcej historii z cyklu ‘Ciekawe, gdzie mieszkam?’ odsyłam do Magdy Surosz). Pytam grupy ludzi, jak iść. Tłumaczą. Idę wąską a grząską ścieżyną, nagle – słyszę za plecami:
- Czekaj! – to wysoki Hindus, co mi drogę tłumaczył, odłączył się od swojej grupy. Chce mi pokazać przystanek. Nie mam wyboru. Czekam.
Jest ciemno, cicho, pusto. Nie ma nikogo poza nami. Częstuję go czekoladką. Nie chce zjeść. Moja czekoladka nie chce się przełknąć.


Rozmawiamy przez jakiś kwadrans. Dowiaduję się, że Hindus jest studentem, ma imię, którego nie jestem w stanie powtórzyć i że i tak czeka na kolegę, który powinien wysiąść z mojego nocnego.


Nadjeżdża wreszcie czerwona nadieżda (z ruskiego - ‘nadzieja’). Wysiadłam prawie na swoim przystanku.
Po powrocie do domu szybko napisałam smsa, żeby się już o mnie nie martwili i spokojnie bawili dalej.

wtorek, 1 listopada 2011

Dynia to za mało


Późnym wieczorem wracałam metrem do domu. Po lewej wielki Hindus w eleganckich butach bez skarpetek jadł mocno woniejącą kanapkę z mięsem. Ciamkał. Po prawej trwał Halloween. Siedziałam koło zakrwawionego typka, który rozmawiał z wampirem. Wampirowi kły utrudniały mówienie, więc wszystko powtarzał kilkakrotnie. Żeby było zabawniej, miał problemy ze słuchem. 
Na wprost siedziała wiedźma, a śmiech miała identyczny jak naciskana w brzuch kukiełka-czarownica. Darli się całą drogę, a nawet kładli na podłogę metra i cały czas robili zdjęcia.

Normalnie bym ich zabiła, ale przecież i mój Halloween właśnie się skończył – wracałam z nieziemskiego koncertu PJ Harvey. 

Bilet zamówiony w sierpniu, w dniu, kiedy Middlesex potwierdził, że mnie biorą na Erasmusa, wystarczył by zająć najdalsze i najwyższe miejsce od sceny. Mimo to udało mi się zrobić dobre zdjęcie PJ:


Koncert był w Royal Albert Hall.




PJ prawdopodobnie była przebrana za czarownicę, a w każdym razie była ubrana na czarno i coś czarnego sterczało jej z głowy. Z mojej odległości mogłam ją poznać tylko po głosie. I to wystarczyło. 



Po powrocie musiałam wrócić do tego niecnego świata i w 20 minut wyprodukować kilka komentarzy studenckich pseudoblogów na zaliczenie, żeby zamieścić je przed północą na stronie przedmiotu. Życie. 
I tu pozdrawiam Ulkę, co to mi zawsze sprawdza błędy, nawet jak chce spać i nawet jak jest to kolejny depresyjny tekst o bezrobociu wśród młodych ludzi, a ona szuka pracy.

Ja swoją pracę już znalazłam w kurczakowym fastfoodzie. Kukuryku i do przodu. 

niedziela, 30 października 2011

Fastfood face


Fastfoody i ich bezosobowi pracownicy zaczynają nabierać dla mnie ludzkiej twarzy. Niestety, jest to moja twarz.

Biegając z talerzami pełnymi kurzych kości, zbierając gołymi rękami kolejne tłuste chusteczki, którymi kolejni goście wycierali tłuste gęby i czyszcząc wszystko, co się da - wspomniałam.

Że byłam dobrą kelnerką. Taką miłą, nie okazywałam zniecierpliwienia i zmęczenia, a jeśli kogoś oblałam piwem, to tylko przypadkowo. I miałam niezłe napiwki. Wspominałam szkołę Króla Artura, otwieranie wina trybuszonem z całym teatrem degustacji, polerowanie kieliszków, wymienianie obrusów, muzykę Sinatry w Rubinsteinie i całą masę rytuałów i norm.

A tu? Tac nie ma, wkłada się paluchy do szklanki, gdy chce się je przenieść, wyciera się tysiące blatów jedną brudną ścierą. Klienci sami zamawiają jedzenie i nie zostawiają napiwków.

Kontakt z nimi jest przez to bardziej swobodny. Przykład. Kilku kolesi zjadło swoje kurczaki. Jeden z nich woła mnie i mówi, że porcje były za małe. To tak, jakby ktoś w McDonaldzie powiedział, że frytki są za krótkie. Myślałam, że żartuje.
- Ten kurczak był za mały.
- Kurczaki z reguły nie są dużymi ptakami.
- Ten kurczak był za mały, a jestem głodny!
- To możesz następnym razem zamówić indyka, jest większy! (Ponieważ sprzedajemy tylko kurczaki, wydźwięki tego zdania był raczej jednoznaczny).
Wtedy się włączyło dwóch pozostałych ziomali i już wszyscy darli się, że się nie najedli. Lider, obwieszony srebrem i sygnetami, mówi:
- Mam kurzą farmę, na której jest 5000 kurczaków i kto jak kto, ale ja wiem, jak duże są kurczaki!
- Może dasz nam 50% zniżki?? – drze się drugi.
- Jeśli nie żartujecie, pójdę po menadżerkę.
Nie żartowali, więc to ona musiała dyskutować z nieprzeciętnym farmerem o przeciętnej wielkości kury.

Tak bardzo nie chcę tu pracować, a tak bardzo muszę! Jutro się dowiem, czy biegam wystarczająco szybko, żeby mnie zatrudnić. Właściwie - słowo ‘zapierdalać’ lepiej oddaje charakter tej pracy.